Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Janusze chińskiego biznesu

 No więc [zdania nie zaczyna się od "no więc"] byliśmy w Szanghaju. Sam Szanghaj jest odjazdowy, i poza jedną główną ulicą wcale nie tak zatłoczony jak straszyli, i oczywiście mógłbym wrzucić sto pięćdziesiąt zdjęć z Szanghaju, móglbym napisać o wielkomiejskim klimacie Nanjing Road i futurystycznych budynkach The Bund, mógłbym napisać o Pani, co nadziera się ze swojego kiosku z lodami “BINJILIIIIIIIING”, niemal dokładnie tym samym tonem głosu, co każda jedna ekspedientka polskich wakacyjnych kurortów woła “LODYYYYYYYYY”, mógłbym opisać napotkany w parku zespół instrumentów dętych co sobie urządzili przesympatyczny, spontaniczny koncert ze spontanicznym dyrygentem w stroju cokolwiek domowym, i jeszcze wiele, wiele innych rzeczy, ale i tak najciekawiej było w drodze powrotnej.
Zaczęło się od kilkugodzinnego opóźnienia, plus generalnej dezinformacji i nieogarnięcia co jest przyczyną opóźnienia, okazało się że ostatecznie pogoda, choć nie wiedzieć dlaczego wersja zmieniała się co pół godziny z “air traffic congestion” na “weather conditions” i odwrotnie. Niemniej, w końcu dolecieliśmy do Kantonu, tyle że za późno, aby załapać się na jakikolwiek autobus. Co było pewnym problemem, gdyż następnego dnia o ósmej rano mieliśmy zajęcia. No cóż, trzeba było się wykosztować na taksówkę, pozostawał wybór między “taryfą” a prywatnymi kierowcami, gdzie można teoretycznie ponegocjować, a oni zejdą trochę z ceny. Wybraliśmy tę drugą opcję, I po niedługim czasie pluliśmy sobie w brody. Za to jaką plejadę osobistości mieliśmy okazję poznać!
Przydybał nas cwaniaczek o aparycji i manierach “janusza chińskiego biznesu”. Że będzie to cwaniaczek i że mu się oczy zaświecą monetami na widok białych to akurat wiedzieliśmy, natomiast clue było takie, że nalezy wynegocjować cenę przed wejściem do samochodu. Co się udało, więc przez chwilę czuliśmy się bezpiecznie. Dopóki po pół godzinie, jak się okazało, krążenia po Kantonie nie wysiedliśmy nie wiadomo gdzie, pod bezimiennym wiaduktem. Odruchowo zaczęliśmy sprawdzać czy mamy wszystkie dokumenty, portfel, i tak dalej. Mamy, ale nadal nie bardzo wiadomo o co chodzi. W końcu wywnioskowaliśmy że cwaniaczek nie miał zamiaru nas zawieźć do samego Zhaoqing, a był “szefem” i jednocześnie naganiaczem, któremu musieliśmy odpalić połowę sumy, a drugą “tamtemu drugiemu”, I to dopiero on miał nas zawieżć do celu. No żeż kurwa. To nie jeden janusz biznesu, a jakieś pierdolone konsorcjum januszy chińskiego biznesu.
A ten drugi. Ten drugi to dopiero była postać.
Mówił dużo i seplenił, poza tym trochę jechało mu z gęby, a przy tym zmęczeniu i nerwach to nawet “bardzo trochę”. Poza tym zdawał się wesoły i rubaszny, co może byśmy jeszcze zaakceptowali, gdyby po prostu, bez ceregieli zechciał nas zabrać do celu. Jemu jednak otrzymana dola nie stykała, i postanowił czekać jeszcze ze czterdzieści minut na potencjalnych klientów, co już doprowadzało nas do skraju cierpliwości. Znalazł panią z dzieckiem, zatem my do niego, naszym bardzo prostym mandaryńskim, że w sumie miały być jeszcze dwie osoby, no to są, więc na co czekamy. On do nas z kolei po kantońsku, a o ile po mandaryńsku rozumiem co piętnaste słowo osoby która mówi normalnie, czyli szybko, to po kantońsku rozumiem co czterdzieste. Ale wywnioskowaliśmy w końcu, że dziecko się w sumie za czwartą nie liczy, i w ogóle to jak dopłacimy jeszcze stówę, to śmigamy od razu. Nie no, ta zniewaga krwi wymaga, powiedziałem sobie, tylko że jeszcze nie umiemy przeklinać po chińsku, więc wydusiliśmy z siebie zajebiście przekonującą wypowiedź: “ - Już kupiliśmy [miało być: “Już zapłaciliśmy”, ale mi się pochrzaniło]. Nie chcemy czekać. Jutro o ósmej rano mamy lekcję”. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zadziałalo to niczym hasło “kurwa” w Seksmisji, i ruszyliśmy. Tyle że chyba to nie treść zadziałała, a to, że jestem o głowę wyższy od każdego Chińczyka z południa, plus głęboka desperacja w oczach.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie zaczęli rozmawiać. Kantoński to piękny język, śpiewny, ale nie przed drugą w nocy, kiedy i tak już jesteś wkurwiony, a w zasadzie to nadal nie wiesz czy dojedziesz, bo za cholerę nie ufasz temu kolesiowi za kierownicą. W takiej sytuacji “muzyka tego języka” to coś jak kompozycje zespołu Kombii w wykonaniu Rafała Brzozowskiego, któremu akompaniuje zespół twoich kumpli z drugiej klasy LO, którzy wkładają w to co robią mnóstwo pasji, za to zero umiejętności.
A około drugiej... Około drugiej ZNOWU wysiedliśmy, tym razem w środku niczego, na autostradzie. W zasadzie już nawet nie mieliśmy się siły zastanawiać czy wrócimy z portfelem i wszystkimi organami, po prostu zrezygnowani czekaliśmy na bieg wydarzeń. A okazało się po prostu że ów “byznesmen” stwierdził, że już mu się nie opłaca jechać do samego Zhaoqing – albo nie znał za bardzo drogi – więc przydybał kolejnego taksówkarza, odpalił mu jakąś część, I to dopiero ten trzeci zawiózł nas do celu.
Dopiero ten trzeci był w miarę normalny, dojechał sprawnie, a przede wszystkim NIC NIE MÓWIŁ, za co bym go wręcz zapewne wycałował, gdybym miał więcej siły. I już o trzeciej w nocy, po ponad trzech godzinach jazdy z Kantonu, zamiast, jak być powinno, mniej niż dwóch, z perspektywą zajęć o ósmej rano w innej części miasta, mogliśmy się delektować około dwu i pół godzinnym snem. A przede wszystkim radością że mamy wszystkie nerki.

piątek, 22 kwietnia 2016

Zakupy

Obadałem niedawno chińskie allegro (Taobao). Ono ma ten feler, że jest po chińsku, jednak udało mi się je ogarnąć za pomocą "domyślania się", metody prób i błędów oraz Google translatora. W ten sposób zakupiłem sandały, które są tanie, wygodne i pasują. Rozochocony postanowiłem zrealizować dawno planowany zakup i kupić najprostszą na świecie drukarkę atramentową. Okazało się że moje pojęcie "drukarki", jako "technicznego debila" (copyright do frazy:  osobisty ojciec) jest cokolwiek wąskie i musiałem przedzierać się przez tonę drukarek 3D, drukarek śmakich, owakich, niewiadomojakich zanim znalazłem coś co wyglądało znajomo. Rozochocenie poprzednim udanym zakupem trzymało się mnie jednak nadal, i postanowiłem nie wrzucać opisu drukarki w translatora i skupiłem się na tym, że wygląda jak drukarka i drukuje na papierze. Poklikałem, zakupiłem, zwyciężyłem. Następnego dnia dostaję trzy połączenia z tego samego, nieznanego numeru. Myślę, jest jakaś awaria, tylko jaka.

No niestety facet śmiga po ichniemu, bo po jakiemu ma śmigać.Ja też próbuję po ichniemu, ale "śmiganiem" bym tego nie nazwał.
Wyglądało to mniej więcej tak:

- Halo? (niezrozumiały potok słów)
- Yyyy... eeee... nie rozumiem.
- (niezrozumiały potok słów) taobao (niezrozumialy potok słów) nie rozumiesz po chińsku?
- Aaaa, taobao... nie, nie rozumiem po chińsku.
- (niezrozumiały potok słów)
- (rozłączam się)

Potem dostaję sms-a, z którego, po wrzuceniu w translatora, wynika że facet jest ciężko zdziwiony że jakiś przypadkowy obcokrajowiec z Guandong chciał akurat TEN produkt. No to sprawdzam jeszcze raz, tylko tym razem wpadam na to, aby wrzucić nazwę produktu w tłumacza. Okazuje się, że kupiłem minidrukarkę do paragonów. No to teraz jest awaria, gdyż Chińczyka pod ręką brak, a trzeba działać szybko, gdyż nie uśmiecha mi się przepierdzielić dwóch stów na zostanie rekinem chińskiego biznesu, którym nigdy nie zostanę. No więc kminię, tłumaczę, pocę się i sporządzam na piśmie frazy które spróbuję powtórzyć przez telefon. Prawdopodobnie zabrzmiało to jakoś tak:

- Yyy... eeee... haloooo? No bo ten... bardzo strasznie przepraszam... ja popełnić błąd... nie chcieć turkawka jednak... odwołać zakup możliwe?
- Teraz to ja nie rozumiem...
- nie chcieć turkawka. Nie-chcieć. Błąd. Odwołać? Proszę.
- (niezrozumiały potok słów, ale miałem wrażenie, że ciężko wzdycha)
- (rozłączam się)

Ostatnia szansa. Piszę esemesa, skrupulatnie i w pocie czoła kopiując z translatora znaczek po znaczku, z których żadnego nie znam.

Ufff. Zrozumiał. Transakcja wstrzymana.

Poszedłem po rozum do głowy i zamiast "printer" w wyszukiwarce wpisałem "ink printer". Poklikałem. Zakupiłem. Sukcesu nie ogłaszam. Czekam na paczkę.

niedziela, 27 marca 2016

Cirrusy

Pierwszy raz od miesiąca chińskie niebo jest niebieskie.
Widzę wszystko, lecz zamiast odgłosów otoczenia
słucham polskich piosenek o nastolatkach,
które umazały się sosem tysiąca wysp i płaczą, 

że żaden chłopak na nie teraz nie spojrzy.
W centrum handlowym spotykam dziewczynę w czymś,
co przypomina różową piżamę frotte.
Zdjąłbym słuchawki i spytał się: czy tak bardzo podnieca cię

kapitalizm, że czujesz się tu jak w domu? Ale i tak
nie dogadam się w jej narzeczu.
Tak jak ze starszą kobietą przy śmietniku
(w zależności od przyjętej narracji:

grzebie w śmieciach lub segreguje śmieci).
Tak jak z kobietą, która częstowała mnie
pierogami domowej roboty (umiałem jedynie powiedzieć
czy smakuje i czy chcę więcej).

Przypomniała mi rozmowę z babcią, ostatnią
przed wyjazdem: Podgrzać ci jeszcze?
Ciągle gdzieś biegasz. Nie nauczyliśmy się
ze sobą rozmawiać.
Spokojnie, babciu.

Jeszcze się nauczymy. Wracam w lipcu.
Pierwszy raz od miesiąca niebo jest niebieskie.
Na niebie cirrusy.

sobota, 30 stycznia 2016

Wiersze z Chin pt. 1

Pedicure


Ma bilet do Hongkongu, ale zamiast lecieć,

jest kompletnie pijany i dzwoni na straż pożarną:
jestem małym, samotnym kotkiem, czy mógłby mnie Pan
zdjąć z drzewa? Tak naprawdę bardziej przypomina słonia,

ma grubą i popękaną skórę na piętach, oraz absurdalną pamięć, obsesję
wierszy pełnych doraźnego, hermetycznego konkretu,
jak twarz mamy koleżanki z podstawówki,
o której wie tyle, że pracowała w policyjnej izbie dziecka
(na dzień dobry odpowiada niepewnie, jakby nie poznała,

jakby znała za dobrze). Mógłby skorzystać z usług pedicure,
oczyścić się, wyluzować, usiąść przed podróżą. Lecz jego kot
chowa się pod łóżkiem w porze karmienia. Wścieka się:
przestań uciekać przede mną, neurotyczny chuju.



Can you take a piece of me? 

Weźmiesz cząstkę mojego ciała? Pyta chiński student.
To znaczy chciałby sobie ze mną zrobić zdjęcie,
ale nie potrafi tego wyrazić inaczej

w moim języku. W tym kraju ludzie nadają sobie
znaczące imiona: Niebo. Koniczyna. Cedr.
Żeby było łatwiej się odnaleźć? Dotknąć? Wystawić

na pożarcie? Niebo przykryte smogiem  przekraczającym wszelkie normy,
roślinność czeka na powolną śmierć 

która nie nadchodzi, bo znowu deszcz
oczyszcza powietrze i zapach kadzideł
który przywiódł mnie do tej buddyjskiej świątyni.
Pozwolili mi w niej ukryć się przed burzą

kradnąc jednocześnie oświetlenie do roweru. 

Whisky on the rocks

 

Lód na ścieżkach w parku, choć już śnieg odtajał.
Po raz trzeci upadamy, po raz trzeci udaje się zaprzeć. Mnie wypada

z kieszeni klucz, temu mężczyźnie setka. Mówi, że wraca
ze szpitala od żony, która ledwo uszła z życiem. Twierdzi,
że mieszka na Kosmonautów, choć drogę wybiera okrężną.

Ja mu zdradzam jedynie, że za miesiąc wracam do Chin,
miejsca, gdzie tłumaczyłem dziewczynie, że Święty Piotr
w Biblii był facetem od kluczy. Ślusarz, włamywacz

albo dentysta z Guangzhou, który operuje przy przeszklonych drzwiach
wychodzących na ulicę. Można niemal ujrzeć podniebienie pacjentki
i jej kamienną twarz. 

c. d. n. 

piątek, 1 stycznia 2016

Mój poduszkowiec jest pełen węgorzy

 ***

Po powrocie z Foshan było trochę emocji, bo autobus stanął na innej stacji niż się spodziewałem i w sumie nie bardzo wiedziałem, gdzie jestem. Ale widzę, jest: autobus nr 18, jeden z tych które mają pętlę przy uczelni. Tylko teraz pytanie: czy jedzie w stronę uczelni, czy wraca? Znam słowo "xueyuan", które oznacza "uczelnia", ale teraz fifty-fifty: czy użyję dobrej intonacji? Bo jeśli nie, to może się np. okazać, że przez przypadek powiem "garmażeria" albo "cycki", lub "mój poduszkowiec jest pełen węgorzy" (tu ukłon w stronę fanów Monty Pythona). 

Uff, udało się. Zrozumiał, potwierdził. Wy, którzy nigdy nie uczyliście się tonalnego języka, nawet nie wiecie jaka to radość.

***

Na głównym placu niemal milionowego miasta (jak na Chiny, to mniej więcej odpowiednik Bełchatowa) tłum gęstnieje. Na razie na scenie produkują się kolejni artyści, dobrani zapewne wedle klucza "byle dopchać program, którego nie ma". Ale tłum gęstnieje, wiadomo więc, że wydarzy się coś ważnego.

Produkują się tancerze brekdens do jakiejś techniawy, by zaraz nastąpiła rzewna ballada, zmieniona za chwilę przez zespół tradycyjnych chińskich instrumentów. Tłum gęstnieje jeszcze bardziej. Pojawia się na scenie akrobata, potem kolejna rzewna ballada, potem jakiś zespół dziecięcy. Szwarc, mydło, powidło. Ale tłum gęstnieje, więc wiadomo, że będzie nagroda. Tłum gęstnieje jeszcze bardziej, gdy zaczyna się robić poważnie. Pojawia się jakaś aukcja charytatywna. Pojawiają się oficjele miasta, którzy wygłaszają płomienne przemówienia. Już za chwileczkę, już za momencik. Zaczyna się odliczanie. Na ekranie wielkie cyfry. Wszyscy odliczają chórem: 60, 59, 58.... 31, 30, 29... 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1... I co dalej? Jubel? Konfetti? Występ gwiazdy wieczoru?
 
Koniec imprezy. Dosłownie minutę po rozpoczęciu roku 2016 Chińczycy schodzą z placu, pakują się do autobusów i grzecznie wracają do domów. Zapewne uprawiać narodowy sport Chińczyków. Czyli spanie.

 ***

O spaniu już pisałem. Skoro narodowym zwierzęciem Chin jest panda, śpiąca kilkanaście godzin na dobę, to narodowym sportem Chińczykow musi być sen. Ten portier z przedszkola, z którym współpracuję. Powooooooli podnosi się ze swojego krzesełka. Powooooli wyciąga klucze. Powooooli szuka właściwego. W międzyczasie wypowiada do mnie słowa których nie rozumiem, mrucząc pod nosem, jakby się ledwo obudził, jakby się przeciągał. Wyobrażam sobie, jak w swojej kanciapie leniwie przeżuwa pędy bambusa.

***
Pandy widziałem w Makao, mieście nieco bardziej "europejskim". Nie tylko idzie o portugalskie napisy, oraz nadreprezentację europejskiej architektury i restauracji. Oraz nieco bardziej europejskie ceny noclegów i jedzenia. Chodzi też o ruch drogowy. Węższe ulice, ale i "prawo silniejszego", czyli samochodu, działa nieco rzadziej. Innymi słowy, da się bez duszy na ramieniu przejść przez ulicę na przejściu bez świateł. Poza tym mniejsza "bonanza", bo tego chaosu, który się dzieje na typowych, azjatyckich drogach, tego nie da się opisać. 

Poczułem się trochę jak w polskim barze mlecznym, jedząc na śniadanie bardzo dobry rosół z plastikowego talerza. Tyle że zamiașt resztek kurczaka w zupie był filet. Tyle że nie była to Polska, a Azja, i nie był to bar mleczny, a McDonalds.

Podobieństw jest więcej, i to nie tylko iluzorycznych i przypadkowych. Ten student, który narzeka, że jego kuzyn z Australii "wciąż myśli, że Chiny są zacofanym krajem". Wypisz-wymaluj frustracja rodaków, gdy dowiadują się, że ludzie z zachodu powielają stereotypy o kradzionych samochodach i niedźwiedziach na ulicach.

Poza tym, zastanawiam się, czy nieprzetłumaczalne podobno zupełnie polskie słowo "kombinować" nie ma aby odpowiednika właśnie w chińskim. Czyżby - niczym homo sovieticus - mieli "strategie przetrwania" w systemie autorytarnym? Co nie jest zabronione, jest dozwolone (widać to najlepiej właśnie w aspektach, w których zasady są nieco luźniejsze, na przykład ruch drogowy właśnie)? Ci studenci, którzy kombinują jak tu uzyskać wynik, żeby się nie narobić, zgłaszają się za kolegów podczas sprawdzania obecności, tudzież ulatniają się w przerwie między zajęciami, licząc że "obcokrajowiec i tak ich nie rozróżnia". A przyłapani i opierniczeni robią się uniżeni niczym urzędnicy u Czechowa, "good morning Sir" razy dziesięć, "I am so sorry" powtórzone razy 50, i tak dalej, i tak dalej. I ci fachowcy, co umawiają się z chińską asystentką przez telefon na 70 juanów, a gdy widzą, że chodzi o obcokrajowca, nagle robi się z tego 200.

Wiem, wiem, wszelkie podobieństwa są przypadkowe. Azji i tak rozumem nie ogarniesz. Ale przez chwilę, jak o tym myślę, robi się bardziej swojsko na duszy.

środa, 11 listopada 2015

Prasówka**

Kolejne sukcesy sportowe w rejonie Guandong: klub piłkarski Guangzhou Evergrande został największym klubem w Azji.

Wizyta przywódcy Chin w Singapurze zwiastuje pogłębienie współpracy bilateralnej. Singapur planuje kolejne inwestycje w Chinach, co w pozytywny sposób przyczyni się do wzmocnienia wzajemnego zaufania pomiędzy krajami. Wizyta jest godnym uczczeniem pięćdziesiątej rocznicy powstania Republiki Singapuru, oraz dwudziestej piątej rocznicy chińsko-singapurskich stosunków dyplomatycznych.

Wydarzeniem jest również, oczywiście, wznowienie stosunków dyplomatycznych z Tajwanem*. W tym numerze pojawia się felieton na temat „dinner diplomacy”, w którym autor zauważa, że wspólne spożywanie posiłku łagodzi obyczaje, czego przykładem jest odwilż między Chinami a Tajwanem. Że też nikt wcześniej na to nie wpadł: wystarczyło zjeść wspólnie kolację.

Firma UBS inwestuje w Szanghaju 100 milionów dolarów. Ale racjonalna chińska polityka gospodarcza dba nie tylko o wielkich graczy: chińskie władze zdecydowały się wdrożyć program pomocy nieudanym, zadłużonym biznesom. Ściślej: pomogą im w przeprowadzeniu procedury likwidacyjnej, co ma mieć pozytywny wpływ na przyspieszenie gospodarki.

Skoro już o najsłabszych mowa, w Pekinie powstanie specjalistyczny ośrodek dla porzuconych wcześniaków, w którym zapewnione będą one miały opiekę lekarską, rehabilitację, a także pomoc w procedurze adopcyjnej. Chiny dbają o swoich najmłodszych obywateli.

*Nie wszyscy są zadowoleni z takiego obrotu spraw. Znajomy student anglistyki napisał na WeChacie (chiński odpowiednik facebooka), o dziwo, po angielsku, choć nieco niegramatycznie, iż Tajwan stawia się na równi z Chinami, co jest obrazą dla Chin. Całą sytuację nazwał komedią, a przywódcę Tajwanu porównał do Jackiego Chana.

**na podstawie anglojęzycznej prasy, którą można poczytać w Pacific Coffee w Kantonie.


wtorek, 27 października 2015

Tłoki, uszczelki, ujścia

Chińskie „jak się masz” tłumaczy się dosłownie „czy już jadłeś”, a „na razie” jako „może razem coś zjemy”. Ty wtedy odpowiadasz „okej”, co nie oznacza potwierdzenia, jak i poprzednie nie oznacza zaproszenia. Czasem tłumaczą to dosłownie na angielski. Na samym początku pobytu zatem zadziwiająca ilość „zaproszeń” do wspólnego posiłku wprowadza w niemałą konfuzję.

W centrach handlowych leci piosenka, która zadziwiająco przypomina melodią (i aranżacją...) znany utwór disco polo „Straciłaś cnotę”. Ciekawe, czy tekstem też. To są jednak iluzoryczne podobieństwa. Większość zdecydowanie odstaje i konfuduje.

Daleko mi do znawcy mody, ale nawet ja zauważyłem ich zamiłowanie do absurdalnych połączeń. Chłopiec ma plecak z cekinami, ale gdy się odwraca, jest jeszcze lepiej. Widać wtedy, że ma przewiewną bluzkę w różowe kwiaty oraz... baletki. Też z cekinami. Stwierdziliśmy, że brakuje tylko pluszowych majtek w kształcie smoka. Z głową w odpowiednim miejscu. Poza tym pani w wieczorowej sukni, spod której wystają trampki i jasnozielone leginsy.

I wiele, wiele więcej podobnych wrażeń i mezaliansów. Na ulicach Kantonu tłoczą się obok siebie maciupeńkie sklepiki i restauracyjki. W jednym można kupić głównie herbatę, ale także grzebienie. W innym głównie kosmetyki, ale także orzechy i ziarna. W innym, z kolei, orzechy i ziarna, ale także buty. Przechodząc obok stoiska ze słynnymi kurzymi łapkami odruchowo szukałem tostera albo uszczelki.

Właśnie. Pierwszy raz w życiu widziałem możliwość kupienia na targu uszczelki albo kranu. Chińczycy sprzedają wszystko i wszędzie, najczęściej przy otwartych drzwiach, często wychodzących na ulicę. Nie tylko zresztą handel, również gastronomia, w maciupeńkiej knajpce, przy tłumie przechodniów, Pani lepi pierogi, a pan wcina zupę z makaronem. Gdzieś indziej dentysta ma przeszklone drzwi wprost na ulicę, można pacjentce niemal zajrzeć do ust.

Poza tym Chińczycy lubią się ruszać. Kilku panów po pięćdziesiątce ofiarnie i z pasją gra w zośkę. Mama uczy dziecko sztuk walki. Chłopcy grają w tenisa pomiędzy domami. Ja mam „treningi” dwa razy w tygodniu – zatrudniłem się dodatkowo w przedszkolu, coś, co bałbym się robić w Polsce, tutejsze stawki (Europejczyk to w Zhaoqing towar deficytowy) mnie jednak przekonały, aby spróbować rozszerzyć swoje umiejętności. Robię to trochę metodą prób i błędów, ale coraz bardziej zaczyna mi się to podobać. A że przy okazji trzeba wyginać się i pląsać, wracam do mieszkania wymięty jak po maratonie (których co prawda nie uprawiam, może dlatego wymięty). Idąc alejkami kampusu nucę odruchowo „Five little monkeys”. Nie zwracają uwagi.





sobota, 26 września 2015

Goodbye blue sky


Czyli nieustanna obietnica burzy która nastąpiła może raz. Dwa tygodnie temu siedziałem na lotnisku Helsinki Vantaa, oglądając po raz kolejny przepiękny, okołowojenny film lapońsko-fińsko-rosyjski „Kukuszka”, w którym skazane były na siebie trzy osoby kompletnie nie znające swoich języków, co doprowadzało do tego țypu dialogów:

  • Kiedyś pisałem wiersze. Były okropne. Ale wtedy spotkałem Siergieja Jesienina, powiedział mi: pisz, pisz, chłopaku. Mam nawet jego zdjęcie z autografem, zobacz.
  • To twoja żona? Ładna.

Albo:

  • Ech, ty wolisz tego faszystę. Wiem, że zasługuję na ciebie.
  • To dlatego, że najadłeś się grzybów. Mówiłam, nie jedz, bo się zatrujesz.

Żeby było śmieszniej, na początku nie mogłem znaleźć na laptopie wersji z napisami, w związku z czym pierwsze pół godziny oglądałem bez jakiegokolwiek zrozumienia fińsko-lapońskich dialogów, próbując sobie jednocześnie przypomnieć fabułę z wcześniejszych seansów i jakoś to wszystko próbować dopasować. Ostatnio przez takie ciągi skojarzeń, robione po omacku, kupiłem w supermarkecie śmietankę w proszku, zamiast kawy. Ale jest coraz lepiej. Parę dni temu, w dniu, w którym jeszcze nie wpłynęła pensja, więc na karcie straszyły pustki, zapomniałem wziąć gotówki i musiałem na migi tłumaczyć kasjerce, że jednak wezmę tylko połowę produktów. Jakoś się udało. 
 
Trzeba powiedzieć, że tubylcy pomagają w ogarnięciu rzeczywistości. Pewnych rzeczy, w rodzaju założenia konta w banku, nie jesteś, zresztą, w stanie bez tubylcy ogarnąć (efekt dusznej pogody: chińska studentka ociera twarz Sajkowskiemu – to nie biblijna metafora). Tu, w mieście jak na polskie warunki dużym, bo ponad milionowym, a tak naprawdę prowincjonalnym, obcokrajowców jest niewielu, więc obecność „białej małpy” często wzbudza entuzjazm. Ostatnio przechodziłem obok grupy studentów pierwszego roku, tzw. „freshmenów”, którzy mieli akurat przerwę w szkoleniu wojskowym. Zaczęło się od pewnego szmeru, potem było pojedyncze „Hello”,na które odpowiedziałem, co wyraźnie ośmieliło resztę grupy, więc przywitali mnie zgodnym chórem. Jakby mieli komendę „say hello to biała małpa” („biała małpa” nie musi być metaforą, legendarna jest historia jak kilku polskich nauczycieli Zhaoqing University kupowało owoce na targu, a sprzedawca, cały rozpromieniony, kazał im poczekać i po chwili wyjął kiść bananów i wręczył każdej „białej małpie” po jednym).

Ale wróćmy do naszych dzielnych studentów, którzy przez pierwsze trzy tygodnie na kampusie dzień w dzień od świtu do zmierzchu uczą się maszerować i wydawać okrzyki. W zasadzie tylko tyle. Może to przejaw chińskiego podejścia do „organizacji”, które stawia na zupełną mechaniczność. Lub jest kompletnie umowne i fikcyjne. Na przykład, jak zasady ruchu drogowego. Przed kampusem jest przejazd kolejowy - kiedy otwiera się szlaban, tworzy się coś w rodzaju dynamiki roju pszczół, wszyscy pchają się naraz i jednocześnie, samochody, skuterki, rowery, piesi też. Po jezdni, bo chodnika tam akurat brak. O ile chodnik coś zmienia, skoro i tak potem okazuje się, że z niego także mogą korzystać skutery. „Szkoda, że tam jeszcze koni nie ma” (cyt. z Filipa, drugiego polskiego anglisty). 

I to osobliwe podejście do czystości. Przyznam, że na grillu skonfudowało mnie, gdy dostałem zafoliowany talerz, a jeszcze bardziej, że nie, nie mam zdejmować tej folii, tylko nałożyć sobie na tę folię, oni potem nie będą musieli tego myć, tylko zdejmą folię. 

Jedno się nie zmieniło: nadal nie cierpię grillowanych ośmiorniczek. Tak samo w Polsce, jak i w Chinach. Ba, grillowanych. Jakichkolwiek. Nie wiem jakim cudem stały się w Polsce synonimem „luksusu” i „przepychu”.